"Wśród zgiełku i pośpiechu" dwa teksty. Przynoszące spokój. Różne a jednocześnie podobne. Gorzkie doświadczenie, bez złudzeń ale nie uleganie, mężna postawa wyprostowana.
"Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy".
"Bądź wierny Idź"
DESIDERATA
Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj, jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece, jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego, co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha. Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od Ciebie. Ciesz się zarówno swoimi osiągnięciami jak i planami.
Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach - świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech Ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.
Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa.
Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla Ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie.
Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy Ci to jest dla Ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki, jaki być powinien.
Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz o jego istnieniu i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są Twoje pragnienia: w zgiełku ulicznym, w zamęcie życia zachowaj pokój ze swą duszą.
Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.
Tekst ten znany jest szeroko jako anonim znaleziony w starym kościele w Baltimore w 1692. W rzeczywistości został on napisany w 1927 przez Maxa Ehrmanna (1872+1945).
Zbigniew Herbert
PRZESŁANIE PANA COGITO
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy
a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys
i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie
strzeź się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych
strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy
czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę
powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku
a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku
idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów
Bądź wierny Idź
wtorek, 16 lutego 2010
czwartek, 11 lutego 2010
9/11 z powietrza
Nowe, bo wcześniej nie upubliczniane zdjęcia z 11 września 2001 r. Zrobione z policyjnego śmigłowca.
Tak, żebyśmy zbyt szybko nie zapomnieli jak to było. Kto to zrobił i dlaczego. Żeby pamiętać, że REALNY świat różni się nieco od telewizyjnych reklam.
Tak, żebyśmy zbyt szybko nie zapomnieli jak to było. Kto to zrobił i dlaczego. Żeby pamiętać, że REALNY świat różni się nieco od telewizyjnych reklam.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
O, bary mleczne!
O bary mleczne, które przetrwałyście w mieście nad Wisłą, jak Was nie kochać miłością młodzieńczą? Za komuny sławne pomidorową z ryżem i naleśnikami. Dzisiaj, po tylu latach transformacji jesteście niezmienne jak te… naleśniki z serem posypane cukrem oraz surówka z surowej marchwi na śmietanie.
W barze „Familijnym” to wspomnienie PRL kosztuje dzisiaj 2,74 złotego za dwa naleśniki plus dwa złote za marchew. Można oczywiście zamówić trzy, wtedy wyjdzie nieco drożej. Gdy naleśników brak, żelazny zestaw numer dwa – kopytka i kisiel. Klientów mleczaka w połowie warszawskiego Nowego Świata można podzielić na cztery kategorie. Pierwsza, najszersza, to stali bywalcy. Renciści, emeryci, ubodzy w środki, którzy dzięki dotowanym posiłkom mogą zmieścić się z obiadem pomiędzy 5 a 7 złotych. Sporo bezdomnych. Są u siebie, bo te nieco zaparowane okna zdają się wołać do zziębniętych: niech każdy przyjdzie do mnie, wykarmię. Druga grupa to także ubodzy, ale za to młodzi – studenci, uczniowie, pełno ich tu ze względu na bliskość uniwersytetu. Sporo przyjezdnych, także z zagranicy. Twarze młode, uśmiechnięte, zadowolone. Jest też grupa trzecie, sentymentalna: to wychowankowie PRL-owskich mleczaków. Zdarzają się wśród czerwone maklerskie szelki z pobliskiej Giełdy i ludzie bardzo dobrze sytuowani. Stać ich na biznes-lancz za kilkadziesiąt złotych płatne kartą w jednej z modnych knajpek na Placu Trzech Krzyży, ale przychodzą na naleśniki, pomidorową czy leniwe do „Familijnego”. Ba, niektórzy nawet biorą na wynos, dla rodziny. Nie raz, nie dwa chochla kucharki zapełniała słoik twist-off zupą czy drugim daniem. Bo nic nie przebije mleczaka na Nowym Świecie. Z jego starą jak świat boazerią (najbardziej rozczulająca jest mała tabliczka z nazwiskiem projektanta), starych talerzy „społem”, rytuału czyszczenia aluminiowych sztućców cienkimi niczym pergamin serwetkami…
Michał stanowczo zaliczał się do grupy „sentymentalnych”. Lubił to miejsce i wkurzył się nie na żarty, gdy minister finansów jednego z rządów zaproponował likwidację dopłat do barów, w celu zaoszczędzenia… bagatela, dwudziestu milionów złotych. Dwadzieścia milionów złotych tu, a tysiące emeryckich, rencistowskich, bezdomnych, niech będzie sentymentalnych głodomorów tam. Jako dziennikarz z kolegami po fachu („czy nie chcesz już zjeść naleśników za 1,85?” wiadomo, inflacja) rozpętał akcję w mediach. Skuteczną. Po paru dniach premier lewicowego (nomen omen) rządu zrugał swojego ministra i bary ocalały. I tak stoją już parę lat w otoczeniu butików, modnych sklepów na Nowym, ciekawe jak długo? - Dawno u nas pana nie było – przyjazny głos sprzedawczyni za kasą rozległ się po odstaniu obowiązkowego o tej porze ogonka.
- Ano, praca… Jeździłem trochę –
- Naleśniki i marchew?
- Tak, dla mnie trzy. Dla koleżanki dwa. Plus dwie marchwie.
- Ze śmietaną.
- Oczywiście. Jak was życie traktuje?
- Bez zmian, stara bida…
- Nie likwidują was, jak reszty na Nowym Świecie? Władze chcą tutaj deptak, żeby bezdomni czy emeryci nie przeszkadzali w zakupach w butikach...
- Na razie nic nie słychać...
Tutaj następił charakterystyczny chrzęst (kasa jak najbardziej ręczna) i wylatywał paragon ze standardowym napisem. Dopiero na nim sprawna ręka ekspedientki zapisywała „3 N + N” a pod spodem „ma…” z zygzakiem i Michał mógł udać się do okienka, gdzie wydają posiłki. Gdy paragon został nabity na wystający gwóźdź, pozostawało tylko sięgnięcie po cieniutkie serwetki (zawsze się sklejają, zawsze) i wytarcie aluminiowych widelców. O tej porze z reguły w barze tłoczno, więc trzeba się dosiadać do pojadających nad ceratowymi stolikami...
(fragment wiekszej acz nie dokończonej jeszcze całości)
W barze „Familijnym” to wspomnienie PRL kosztuje dzisiaj 2,74 złotego za dwa naleśniki plus dwa złote za marchew. Można oczywiście zamówić trzy, wtedy wyjdzie nieco drożej. Gdy naleśników brak, żelazny zestaw numer dwa – kopytka i kisiel. Klientów mleczaka w połowie warszawskiego Nowego Świata można podzielić na cztery kategorie. Pierwsza, najszersza, to stali bywalcy. Renciści, emeryci, ubodzy w środki, którzy dzięki dotowanym posiłkom mogą zmieścić się z obiadem pomiędzy 5 a 7 złotych. Sporo bezdomnych. Są u siebie, bo te nieco zaparowane okna zdają się wołać do zziębniętych: niech każdy przyjdzie do mnie, wykarmię. Druga grupa to także ubodzy, ale za to młodzi – studenci, uczniowie, pełno ich tu ze względu na bliskość uniwersytetu. Sporo przyjezdnych, także z zagranicy. Twarze młode, uśmiechnięte, zadowolone. Jest też grupa trzecie, sentymentalna: to wychowankowie PRL-owskich mleczaków. Zdarzają się wśród czerwone maklerskie szelki z pobliskiej Giełdy i ludzie bardzo dobrze sytuowani. Stać ich na biznes-lancz za kilkadziesiąt złotych płatne kartą w jednej z modnych knajpek na Placu Trzech Krzyży, ale przychodzą na naleśniki, pomidorową czy leniwe do „Familijnego”. Ba, niektórzy nawet biorą na wynos, dla rodziny. Nie raz, nie dwa chochla kucharki zapełniała słoik twist-off zupą czy drugim daniem. Bo nic nie przebije mleczaka na Nowym Świecie. Z jego starą jak świat boazerią (najbardziej rozczulająca jest mała tabliczka z nazwiskiem projektanta), starych talerzy „społem”, rytuału czyszczenia aluminiowych sztućców cienkimi niczym pergamin serwetkami…
Michał stanowczo zaliczał się do grupy „sentymentalnych”. Lubił to miejsce i wkurzył się nie na żarty, gdy minister finansów jednego z rządów zaproponował likwidację dopłat do barów, w celu zaoszczędzenia… bagatela, dwudziestu milionów złotych. Dwadzieścia milionów złotych tu, a tysiące emeryckich, rencistowskich, bezdomnych, niech będzie sentymentalnych głodomorów tam. Jako dziennikarz z kolegami po fachu („czy nie chcesz już zjeść naleśników za 1,85?” wiadomo, inflacja) rozpętał akcję w mediach. Skuteczną. Po paru dniach premier lewicowego (nomen omen) rządu zrugał swojego ministra i bary ocalały. I tak stoją już parę lat w otoczeniu butików, modnych sklepów na Nowym, ciekawe jak długo? - Dawno u nas pana nie było – przyjazny głos sprzedawczyni za kasą rozległ się po odstaniu obowiązkowego o tej porze ogonka.
- Ano, praca… Jeździłem trochę –
- Naleśniki i marchew?
- Tak, dla mnie trzy. Dla koleżanki dwa. Plus dwie marchwie.
- Ze śmietaną.
- Oczywiście. Jak was życie traktuje?
- Bez zmian, stara bida…
- Nie likwidują was, jak reszty na Nowym Świecie? Władze chcą tutaj deptak, żeby bezdomni czy emeryci nie przeszkadzali w zakupach w butikach...
- Na razie nic nie słychać...
Tutaj następił charakterystyczny chrzęst (kasa jak najbardziej ręczna) i wylatywał paragon ze standardowym napisem. Dopiero na nim sprawna ręka ekspedientki zapisywała „3 N + N” a pod spodem „ma…” z zygzakiem i Michał mógł udać się do okienka, gdzie wydają posiłki. Gdy paragon został nabity na wystający gwóźdź, pozostawało tylko sięgnięcie po cieniutkie serwetki (zawsze się sklejają, zawsze) i wytarcie aluminiowych widelców. O tej porze z reguły w barze tłoczno, więc trzeba się dosiadać do pojadających nad ceratowymi stolikami...
(fragment wiekszej acz nie dokończonej jeszcze całości)
niedziela, 3 stycznia 2010
Wawa-Tatry esemesem
2009-12-29 13:54:Pozdrowienia z Doliny Pieciu Stawow Polskich:-)
2009-12-29, 15:14: Hej ho!
2009-12-30, 13:06: Lawina pod Rysami***. Czyś cały i zdrów?
2009-12-30, 15.30: Powiedz mi, że tam nie poszedłeś...
2009-12-30, 19:24: Ufff..., w TOPR powiedzieli, że to nie Ty:)
2009-12-31, 11:25:Hej! Jestem caly i zdrow. Mieszkam w 5 Stawach. Pod Rysami zginal moj kolega Janek:-(
---------------------------------------------------------------------------
*** 30 grudnia ok. 11.45 w okolicach Buli pod Rysami zeszła lawina. Na miejscu znajdowały się dwie grupy turystów: dwuosobowa - wyżej i trzyosobowa – niżej. Około godz. 14 ratownicy TOPR wydobyli spod śniegu pierwszego turystę. Ok. 15.00 ratownicy przeszukujący lawinisko znaleźli zwłoki drugiego turysty. Trzeci poszkodowany, po skutecznej, godzinnej reanimacji, został przewieziony do szpitala w Zakopanem, gdzie w nocy zmarł
2009-12-29, 15:14: Hej ho!
2009-12-30, 13:06: Lawina pod Rysami***. Czyś cały i zdrów?
2009-12-30, 15.30: Powiedz mi, że tam nie poszedłeś...
2009-12-30, 19:24: Ufff..., w TOPR powiedzieli, że to nie Ty:)
2009-12-31, 11:25:Hej! Jestem caly i zdrow. Mieszkam w 5 Stawach. Pod Rysami zginal moj kolega Janek:-(
Przyjaciela Sylwester w Tatrach
*** 30 grudnia ok. 11.45 w okolicach Buli pod Rysami zeszła lawina. Na miejscu znajdowały się dwie grupy turystów: dwuosobowa - wyżej i trzyosobowa – niżej. Około godz. 14 ratownicy TOPR wydobyli spod śniegu pierwszego turystę. Ok. 15.00 ratownicy przeszukujący lawinisko znaleźli zwłoki drugiego turysty. Trzeci poszkodowany, po skutecznej, godzinnej reanimacji, został przewieziony do szpitala w Zakopanem, gdzie w nocy zmarł
wtorek, 22 grudnia 2009
Moja wigilijna op
Został po nim smród. Niemytego ciała, pewnie od tygodni. Strupy na twarzy, sztywne z brudu ubranie. Nurek z Centralnego. Bliźni.
Mijesce akcji: Złote Tarasy w Warszawie. Kto nie wie - jedno z najbardziej szykownych miejsc w stolicy. Lans pełną gębą. A właściwie parking publiczny tuż obok. Sklep otwierali za godzinę, więc trzeba było czekać. A na dworze zimno. On wskazał grzecznie miejsce parkingowe, więc zamiast wrzucić do parkometru, dałem mu garść monet groszowych. Miał popilnować moje przechodzone volvo. Dil był taki: widzi strażników, wykupuje bilecik i wkłada jak należy za szybę. Jak nie będzie "żółtych kubraczków", przejmuje kasę.
– Panie prezesie. Popilnuję jak swoje. Mnie nawet mercedesa zostawia taki jeden tutaj, kluczyki daje rano… -mówił coś ściskając moniaki. "Ble, ble, ble, srali muszki będzie wiosna" myślała moja głowa, kiedy usta niemal przepraszająco:
- Mam... tylko tyle, ze dwa złote będzie - Fakt. W portfelu sam plastyk.
- Prezesie, nie masz więcej? Jedno piwo, dwa i pół złotego- On. Już nieco bezczelniej.
Machnąłem tylko ręką. Volvo zostało otwarte, na wypadek strażników.
Wykorzystał. Usiadł. Nawet papierosa palił - przy drzwiach otwartych, przyznać trzeba. "Elegancja, Francja, w mordę kopany". Gdy go wypatrzyłem wychodząc z ciepła Tarasów, jeszcze ćmił. Chciałem mu sprzedać parę jobów, opieprzyć, dlaczego na przednim siedzeniu trzyma swoją brudną dupę... Ale jakoś mi przeszło i wykrztusiłem z siebie:
- No nie gościu, ale z tym jaraniem to przesadziłeś...Majestatycznie zgasił na chodniku. A ja odszedłem.
I siedział tak jeszcze z dzisięć minut, kiedy ja na mrozie czekałem na sprzedawczynię (dla niej "otwarte od 11" oznaczało najwyraźniej, że o jedeneastej, z małym haczykiem, to ona wchodzi do sklepu). Tam, w cieple samochodu, grzał się. Choć jakim cieple z drugiej strony, skoro silnik od godziny nie chodził... Ale zawsze, parę stopni tu, kilka minut w poczekalni, trochę pod osłoną tektury przed wiatrem. I tak chwyta, kolekcjonuje tę energię. Zawsze coś, choć pewnie zaraz alkohol ("bo na co te drobniaki, co? przecież sam o tym mówił")wyciągnie z jego krwi każdą odrobinę ciepła...
Kiedy później wycierałem siedzenie, tapicerkę, pomyślałem, że tam w Stajence też nie było jak w Tarasach. A tylko abstrakcyjny Bliźni ma duszę, wyszorowane zęby i ładną koszulę. I nie musi kolekcjonować każdego skrawka energii w swoich sztywnych od brudu łachmanach.
Mijesce akcji: Złote Tarasy w Warszawie. Kto nie wie - jedno z najbardziej szykownych miejsc w stolicy. Lans pełną gębą. A właściwie parking publiczny tuż obok. Sklep otwierali za godzinę, więc trzeba było czekać. A na dworze zimno. On wskazał grzecznie miejsce parkingowe, więc zamiast wrzucić do parkometru, dałem mu garść monet groszowych. Miał popilnować moje przechodzone volvo. Dil był taki: widzi strażników, wykupuje bilecik i wkłada jak należy za szybę. Jak nie będzie "żółtych kubraczków", przejmuje kasę.
– Panie prezesie. Popilnuję jak swoje. Mnie nawet mercedesa zostawia taki jeden tutaj, kluczyki daje rano… -mówił coś ściskając moniaki. "Ble, ble, ble, srali muszki będzie wiosna" myślała moja głowa, kiedy usta niemal przepraszająco:
- Mam... tylko tyle, ze dwa złote będzie - Fakt. W portfelu sam plastyk.
- Prezesie, nie masz więcej? Jedno piwo, dwa i pół złotego- On. Już nieco bezczelniej.
Machnąłem tylko ręką. Volvo zostało otwarte, na wypadek strażników.
Wykorzystał. Usiadł. Nawet papierosa palił - przy drzwiach otwartych, przyznać trzeba. "Elegancja, Francja, w mordę kopany". Gdy go wypatrzyłem wychodząc z ciepła Tarasów, jeszcze ćmił. Chciałem mu sprzedać parę jobów, opieprzyć, dlaczego na przednim siedzeniu trzyma swoją brudną dupę... Ale jakoś mi przeszło i wykrztusiłem z siebie:
- No nie gościu, ale z tym jaraniem to przesadziłeś...Majestatycznie zgasił na chodniku. A ja odszedłem.
I siedział tak jeszcze z dzisięć minut, kiedy ja na mrozie czekałem na sprzedawczynię (dla niej "otwarte od 11" oznaczało najwyraźniej, że o jedeneastej, z małym haczykiem, to ona wchodzi do sklepu). Tam, w cieple samochodu, grzał się. Choć jakim cieple z drugiej strony, skoro silnik od godziny nie chodził... Ale zawsze, parę stopni tu, kilka minut w poczekalni, trochę pod osłoną tektury przed wiatrem. I tak chwyta, kolekcjonuje tę energię. Zawsze coś, choć pewnie zaraz alkohol ("bo na co te drobniaki, co? przecież sam o tym mówił")wyciągnie z jego krwi każdą odrobinę ciepła...
Kiedy później wycierałem siedzenie, tapicerkę, pomyślałem, że tam w Stajence też nie było jak w Tarasach. A tylko abstrakcyjny Bliźni ma duszę, wyszorowane zęby i ładną koszulę. I nie musi kolekcjonować każdego skrawka energii w swoich sztywnych od brudu łachmanach.
wtorek, 8 grudnia 2009
Trybuna, Wyścig pokoju, kapsle
Przy okazji poddania kontrolowanej śpiączce "Trybuny", bloger przypomniał o Wyścigu Pokoju i kapslach. Coś we mnie drgnęło, bo przecież na kapslach przez lata palce zdzierałem na podwórku "strojki kommunizma" i dumy Gierka, warszawskich Stegnach.
Choć na codzień jako kilkulatek czytałem "Życie Warszawy", "Przeglądziak" i "Ekspresiaka", to w maju bezwględnie kupowałem "Trybunę Ludu". Podobnie jak wielu moich kolegów. Dlaczego? Tak, dział sportowy był dobrze redagowany. Ale chodziło raczej o niesamowitą ilość nazwisk kolarzy. Polowało sie zwłaszcza na wydanie z listą startową. Wszystko dla kapsli...
U nas na Stegnach robiło się kapselki następująco:
korek, albo wkład z zakrętek do soków
z kolorowego papieru replika koszulki (jak w oryginale np. Polacy to czerwony pas na białym tle)
wycięte nazwisko z listy startowej "Trybuny"
na górę folia przezroczysta z cukierka albo czegos takiego, podwinięta pod spód i to wszystko zapakowane na wcisk do kapsla.
I jazda na chodniki.
P.S. Prawdziwi koneserzy nie zadawalali się Wyścigiem Pokoju. Sam uczestniczyłem z kolegą w kapslowych wyścigach Formuły 1. Emmerson Fittipaldi, Judy Scheckter, już chyba Alain Prost, no i przede wszystkim Niki Lauda. Grało się. Do krwi.
P.P.S. I ktoś potrafi jeszcze robić interes na sentymentach:)
http://www.spodlady.com/prod_514_Gra_w_kapsle_Wyscig_pokoju.html
Choć na codzień jako kilkulatek czytałem "Życie Warszawy", "Przeglądziak" i "Ekspresiaka", to w maju bezwględnie kupowałem "Trybunę Ludu". Podobnie jak wielu moich kolegów. Dlaczego? Tak, dział sportowy był dobrze redagowany. Ale chodziło raczej o niesamowitą ilość nazwisk kolarzy. Polowało sie zwłaszcza na wydanie z listą startową. Wszystko dla kapsli...
U nas na Stegnach robiło się kapselki następująco:
korek, albo wkład z zakrętek do soków
z kolorowego papieru replika koszulki (jak w oryginale np. Polacy to czerwony pas na białym tle)
wycięte nazwisko z listy startowej "Trybuny"
na górę folia przezroczysta z cukierka albo czegos takiego, podwinięta pod spód i to wszystko zapakowane na wcisk do kapsla.
I jazda na chodniki.
P.S. Prawdziwi koneserzy nie zadawalali się Wyścigiem Pokoju. Sam uczestniczyłem z kolegą w kapslowych wyścigach Formuły 1. Emmerson Fittipaldi, Judy Scheckter, już chyba Alain Prost, no i przede wszystkim Niki Lauda. Grało się. Do krwi.
P.P.S. I ktoś potrafi jeszcze robić interes na sentymentach:)
http://www.spodlady.com/prod_514_Gra_w_kapsle_Wyscig_pokoju.html
sobota, 21 listopada 2009
Historycznie dobiegnięty
11 listopada uczciliśmy biegiem na dziesięć kilometrów. W deszczu i słocie. A że było nas kilka tysięcy, na warszawskiej ulicy powstała biało-czerwona…


Etykiety:
11 listopada,
bieganie,
Święto Niepodległości
Subskrybuj:
Posty (Atom)

