Został po nim smród. Niemytego ciała, pewnie od tygodni. Strupy na twarzy, sztywne z brudu ubranie. Nurek z Centralnego. Bliźni.
Mijesce akcji: Złote Tarasy w Warszawie. Kto nie wie - jedno z najbardziej szykownych miejsc w stolicy. Lans pełną gębą. A właściwie parking publiczny tuż obok. Sklep otwierali za godzinę, więc trzeba było czekać. A na dworze zimno. On wskazał grzecznie miejsce parkingowe, więc zamiast wrzucić do parkometru, dałem mu garść monet groszowych. Miał popilnować moje przechodzone volvo. Dil był taki: widzi strażników, wykupuje bilecik i wkłada jak należy za szybę. Jak nie będzie "żółtych kubraczków", przejmuje kasę.
– Panie prezesie. Popilnuję jak swoje. Mnie nawet mercedesa zostawia taki jeden tutaj, kluczyki daje rano… -mówił coś ściskając moniaki. "Ble, ble, ble, srali muszki będzie wiosna" myślała moja głowa, kiedy usta niemal przepraszająco:
- Mam... tylko tyle, ze dwa złote będzie - Fakt. W portfelu sam plastyk.
- Prezesie, nie masz więcej? Jedno piwo, dwa i pół złotego- On. Już nieco bezczelniej.
Machnąłem tylko ręką. Volvo zostało otwarte, na wypadek strażników.
Wykorzystał. Usiadł. Nawet papierosa palił - przy drzwiach otwartych, przyznać trzeba. "Elegancja, Francja, w mordę kopany". Gdy go wypatrzyłem wychodząc z ciepła Tarasów, jeszcze ćmił. Chciałem mu sprzedać parę jobów, opieprzyć, dlaczego na przednim siedzeniu trzyma swoją brudną dupę... Ale jakoś mi przeszło i wykrztusiłem z siebie:
- No nie gościu, ale z tym jaraniem to przesadziłeś...Majestatycznie zgasił na chodniku. A ja odszedłem.
I siedział tak jeszcze z dzisięć minut, kiedy ja na mrozie czekałem na sprzedawczynię (dla niej "otwarte od 11" oznaczało najwyraźniej, że o jedeneastej, z małym haczykiem, to ona wchodzi do sklepu). Tam, w cieple samochodu, grzał się. Choć jakim cieple z drugiej strony, skoro silnik od godziny nie chodził... Ale zawsze, parę stopni tu, kilka minut w poczekalni, trochę pod osłoną tektury przed wiatrem. I tak chwyta, kolekcjonuje tę energię. Zawsze coś, choć pewnie zaraz alkohol ("bo na co te drobniaki, co? przecież sam o tym mówił")wyciągnie z jego krwi każdą odrobinę ciepła...
Kiedy później wycierałem siedzenie, tapicerkę, pomyślałem, że tam w Stajence też nie było jak w Tarasach. A tylko abstrakcyjny Bliźni ma duszę, wyszorowane zęby i ładną koszulę. I nie musi kolekcjonować każdego skrawka energii w swoich sztywnych od brudu łachmanach.
wtorek, 22 grudnia 2009
wtorek, 8 grudnia 2009
Trybuna, Wyścig pokoju, kapsle
Przy okazji poddania kontrolowanej śpiączce "Trybuny", bloger przypomniał o Wyścigu Pokoju i kapslach. Coś we mnie drgnęło, bo przecież na kapslach przez lata palce zdzierałem na podwórku "strojki kommunizma" i dumy Gierka, warszawskich Stegnach.
Choć na codzień jako kilkulatek czytałem "Życie Warszawy", "Przeglądziak" i "Ekspresiaka", to w maju bezwględnie kupowałem "Trybunę Ludu". Podobnie jak wielu moich kolegów. Dlaczego? Tak, dział sportowy był dobrze redagowany. Ale chodziło raczej o niesamowitą ilość nazwisk kolarzy. Polowało sie zwłaszcza na wydanie z listą startową. Wszystko dla kapsli...
U nas na Stegnach robiło się kapselki następująco:
korek, albo wkład z zakrętek do soków
z kolorowego papieru replika koszulki (jak w oryginale np. Polacy to czerwony pas na białym tle)
wycięte nazwisko z listy startowej "Trybuny"
na górę folia przezroczysta z cukierka albo czegos takiego, podwinięta pod spód i to wszystko zapakowane na wcisk do kapsla.
I jazda na chodniki.
P.S. Prawdziwi koneserzy nie zadawalali się Wyścigiem Pokoju. Sam uczestniczyłem z kolegą w kapslowych wyścigach Formuły 1. Emmerson Fittipaldi, Judy Scheckter, już chyba Alain Prost, no i przede wszystkim Niki Lauda. Grało się. Do krwi.
P.P.S. I ktoś potrafi jeszcze robić interes na sentymentach:)
http://www.spodlady.com/prod_514_Gra_w_kapsle_Wyscig_pokoju.html
Choć na codzień jako kilkulatek czytałem "Życie Warszawy", "Przeglądziak" i "Ekspresiaka", to w maju bezwględnie kupowałem "Trybunę Ludu". Podobnie jak wielu moich kolegów. Dlaczego? Tak, dział sportowy był dobrze redagowany. Ale chodziło raczej o niesamowitą ilość nazwisk kolarzy. Polowało sie zwłaszcza na wydanie z listą startową. Wszystko dla kapsli...
U nas na Stegnach robiło się kapselki następująco:
korek, albo wkład z zakrętek do soków
z kolorowego papieru replika koszulki (jak w oryginale np. Polacy to czerwony pas na białym tle)
wycięte nazwisko z listy startowej "Trybuny"
na górę folia przezroczysta z cukierka albo czegos takiego, podwinięta pod spód i to wszystko zapakowane na wcisk do kapsla.
I jazda na chodniki.
P.S. Prawdziwi koneserzy nie zadawalali się Wyścigiem Pokoju. Sam uczestniczyłem z kolegą w kapslowych wyścigach Formuły 1. Emmerson Fittipaldi, Judy Scheckter, już chyba Alain Prost, no i przede wszystkim Niki Lauda. Grało się. Do krwi.
P.P.S. I ktoś potrafi jeszcze robić interes na sentymentach:)
http://www.spodlady.com/prod_514_Gra_w_kapsle_Wyscig_pokoju.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)