wtorek, 22 grudnia 2009

Moja wigilijna op

Został po nim smród. Niemytego ciała, pewnie od tygodni. Strupy na twarzy, sztywne z brudu ubranie. Nurek z Centralnego. Bliźni.

Mijesce akcji: Złote Tarasy w Warszawie. Kto nie wie - jedno z najbardziej szykownych miejsc w stolicy. Lans pełną gębą. A właściwie parking publiczny tuż obok. Sklep otwierali za godzinę, więc trzeba było czekać. A na dworze zimno. On wskazał grzecznie miejsce parkingowe, więc zamiast wrzucić do parkometru, dałem mu garść monet groszowych. Miał popilnować moje przechodzone volvo. Dil był taki: widzi strażników, wykupuje bilecik i wkłada jak należy za szybę. Jak nie będzie "żółtych kubraczków", przejmuje kasę.

– Panie prezesie. Popilnuję jak swoje. Mnie nawet mercedesa zostawia taki jeden tutaj, kluczyki daje rano… -mówił coś ściskając moniaki. "Ble, ble, ble, srali muszki będzie wiosna" myślała moja głowa, kiedy usta niemal przepraszająco:
- Mam... tylko tyle, ze dwa złote będzie - Fakt. W portfelu sam plastyk.
- Prezesie, nie masz więcej? Jedno piwo, dwa i pół złotego- On. Już nieco bezczelniej.
Machnąłem tylko ręką. Volvo zostało otwarte, na wypadek strażników.

Wykorzystał. Usiadł. Nawet papierosa palił - przy drzwiach otwartych, przyznać trzeba. "Elegancja, Francja, w mordę kopany". Gdy go wypatrzyłem wychodząc z ciepła Tarasów, jeszcze ćmił. Chciałem mu sprzedać parę jobów, opieprzyć, dlaczego na przednim siedzeniu trzyma swoją brudną dupę... Ale jakoś mi przeszło i wykrztusiłem z siebie:
- No nie gościu, ale z tym jaraniem to przesadziłeś...Majestatycznie zgasił na chodniku. A ja odszedłem.

I siedział tak jeszcze z dzisięć minut, kiedy ja na mrozie czekałem na sprzedawczynię (dla niej "otwarte od 11" oznaczało najwyraźniej, że o jedeneastej, z małym haczykiem, to ona wchodzi do sklepu). Tam, w cieple samochodu, grzał się. Choć jakim cieple z drugiej strony, skoro silnik od godziny nie chodził... Ale zawsze, parę stopni tu, kilka minut w poczekalni, trochę pod osłoną tektury przed wiatrem. I tak chwyta, kolekcjonuje tę energię. Zawsze coś, choć pewnie zaraz alkohol ("bo na co te drobniaki, co? przecież sam o tym mówił")wyciągnie z jego krwi każdą odrobinę ciepła...

Kiedy później wycierałem siedzenie, tapicerkę, pomyślałem, że tam w Stajence też nie było jak w Tarasach. A tylko abstrakcyjny Bliźni ma duszę, wyszorowane zęby i ładną koszulę. I nie musi kolekcjonować każdego skrawka energii w swoich sztywnych od brudu łachmanach.

wtorek, 8 grudnia 2009

Trybuna, Wyścig pokoju, kapsle

Przy okazji poddania kontrolowanej śpiączce "Trybuny", bloger przypomniał o Wyścigu Pokoju i kapslach. Coś we mnie drgnęło, bo przecież na kapslach przez lata palce zdzierałem na podwórku "strojki kommunizma" i dumy Gierka, warszawskich Stegnach.

Choć na codzień jako kilkulatek czytałem "Życie Warszawy", "Przeglądziak" i "Ekspresiaka", to w maju bezwględnie kupowałem "Trybunę Ludu". Podobnie jak wielu moich kolegów. Dlaczego? Tak, dział sportowy był dobrze redagowany. Ale chodziło raczej o niesamowitą ilość nazwisk kolarzy. Polowało sie zwłaszcza na wydanie z listą startową. Wszystko dla kapsli...

U nas na Stegnach robiło się kapselki następująco:

korek, albo wkład z zakrętek do soków
z kolorowego papieru replika koszulki (jak w oryginale np. Polacy to czerwony pas na białym tle)
wycięte nazwisko z listy startowej "Trybuny"
na górę folia przezroczysta z cukierka albo czegos takiego, podwinięta pod spód i to wszystko zapakowane na wcisk do kapsla.
I jazda na chodniki.

P.S. Prawdziwi koneserzy nie zadawalali się Wyścigiem Pokoju. Sam uczestniczyłem z kolegą w kapslowych wyścigach Formuły 1. Emmerson Fittipaldi, Judy Scheckter, już chyba Alain Prost, no i przede wszystkim Niki Lauda. Grało się. Do krwi.

P.P.S. I ktoś potrafi jeszcze robić interes na sentymentach:)

http://www.spodlady.com/prod_514_Gra_w_kapsle_Wyscig_pokoju.html

sobota, 21 listopada 2009

Historycznie dobiegnięty

11 listopada uczciliśmy biegiem na dziesięć kilometrów. W deszczu i słocie. A że było nas kilka tysięcy, na warszawskiej ulicy powstała biało-czerwona…


 
Posted by Picasa

wtorek, 10 listopada 2009

Generał Mariusz Zaruski

Skoro Święto Niepodległości, to warto wspomnieć "najlepsze jej Syny". Takim w II RP był niewątpliwie gen. Mariusz Zaruski. Postać iście renesansowa. I nietypowa jak na Polaka: czego się nie chwycił, zamieniał w sukces.

Rówieśnik Piłsudskiego. Studiował w Odessie, gdzie połknął bakcyla żeglarskiego, odbywając wiele egzotycznych rejsów. Za działalność patriotyczną, zesłany do Archangielska, gdzie...został szturmanem żeglugi wielkiej i pływał jako kapitan statków po arktycznych morzach. Chciał rozwijać malarskie talenty, więc skończył ASP w Krakowie. W Zakopanem zobaczył Tatry, więc dokonał wielu pierwszych wejść, wytyczał szlaki i pozostawił po sobie Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe.

Gdy wybuchła I wojna pociągnął za sobą górali do Legionów Piłsudskiego (poszli za tym ceprem zaledwie po kilku latach jego pobytu w Zako). A jak wojsko, to też na poważnie: dowódca 11 pułku ułanów, Virtuti Militari V klasy, kilka KW, brawurowe zdobycie dworca w Wilnie, wreszcie stopień generała brygady i adiutantura u prezydenta Wojciechowskiego.

A gdy przeszedł na emeryturę, dopiero się zaczęło... Zaruski bowiem wziął sobie za cel "wyprowadzenie Polaków na morze". Stworzył Yacht Club Polski i Ligę Morską i Kolonialną. To on był twórcą harcerskiego żeglarstwa morskiego. Bez niego nie byłoby ani "Daru Pomorza", ani "Zawiszy Czarnego". Jako zażywny siedemdziesięciolatek pływał każdego roku po kilka miesięcy po Bałtyku szkoląc młodzież. Chyba ostatni z żyjących współpracowników generała - Michał Sumiński (tak, tak, człowiek od "Zwierzyńca"!) - opowiadał mi, że Zaruski potrafił wdrapać się na maszt, gdy nieźle wiało, aby pokazać młodym że nie taki diabeł straszny. Koniec też miał symboliczny: aresztowany przez NKWD, zmarł w 1941 r. w więzieniu w Chersoniu.

Zaruski sam najlepiej opisał swoje dokonania: "Gdy stanę przed św. Piotrem i ten zapyta, jak mnie zameldować, odpowiem: Łamałem młotem wrzeciądza niewoli, prowadziłem Polaków w góry i na morze, ażeby stali się twardzi jak granit, a dusze mieli czyste i głębokie jak morze".

P.S.

Trwa akcja rewitalizacji drewnianego jachtu s/y "Generał Zaruski", zaprojektowanego przez samego Zaruskiego i wybudowanego w Szwecji w 1939 roku. Szczegóły na: http://www.zaruski.pl/

sobota, 17 października 2009

Bez prądu (jak tysiące)

Kiedy w środę nagle spadł śnieg u nas w Falenicy zabrakło prądu. Dużo tutaj lasów, liście na drzewach, więc linie szybko się pozrywały. I tak było prawie dwie doby, jak kilkaset (w porywach) tysięcy rodaków.


Bez prądu oznacza nie tylko brak światła, ale w naszym przypadku też brak ogrzewania, mozliwości gotowania i wody (zatrzymało pompę). Słowem powrót do dawnych czasów, gdy żyło się zgodnie ze stopniem oświetlenia na zewnątrz. Przy świecach, z wodą ze zbieranego śniegu w wiadrze. Na szczęście jest kominek - więc trochę ciepła i prawdziwiego "domowego ogniska"... Nie pękaliśmy bynajmniej a pomidorowa z rondla naprawdę pyszna!

Gdy nie było prądu


I tylko refleksja: jak bardzo jesteśmy uzależnieni od dostaw prądu. A jak pisano ostatnio, połowa naszej infrastruktury przesyłowej ma ponad 40 lat. Że o temacie dostaw surowców nie wspomnę.

wtorek, 29 września 2009

Miasto kamiennych tablic

Jeszcze o Maratonie Warszawskim. Biegło się w tym roku znakomicie - świetna pogoda, no i trasa poprowadzona w centrum (żadnej dwupasmówki do Wilanowa i z powrotem Sobieskiego, jak drzewiej bywało). Blisko realnego miasta..

Na trasie zdziwiła mnie tak wielka ilość kamiennych tablic upamiętniających zbrodnie hitlerowskie. Głównie z Powstania, ale i te sprzed. Już na budynku, gdzie mieściło się biuro zawodów (Bibliteka Rolnicza na Krakowskim) dwie tablice: 7 i 20 rozstrzelanych w sierpniu 1944 r. Nieopodal startu/mety jeszcze do niedawno skończonego remontu Skweru Hoovera był symboliczny grób dowództwa Armii Ludowej poległego na Starówce (przy rozbiórce znaleziono szczątki) i całkiem realny grób powstańczy. I dalej właściwie na każdej ulicy trasy pojawiały się charakterystyczne tablice z piaskowca „miejsce uświęcone krwią poległych za wolność Ojczyzny” i inne pamiątki (*ich pełna lista dla zainteresowanych – z pamięci – na dole postu).

Nie podejrzewam, że organizatorzy wybierali trasę pod tym kątem. Po prostu nie sposób przebiec 42 km 195 metrów po centrum TEGO miasta, aby nie natrafić na co najmniej czterdzieści tego typu pamiątek... Wypada jakaś jedna kamienna tablica na przebiegnięty kilometr

Warszawa. Miasto, w którym coś się jednak stało...

Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą.
Ciężko wyznać:na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas ojczyzną



P.S.

Lista zapamiętanych przeze mnie miejsc pamięci na trasie 31. Maratonu Warszawskiego:

Start/Meta na Krakowskim Przedmieściu (7 i 20 Polaków rozstrzelanych w sierpniu 44) – Nowy Świat (dwie upamiętniające rozstrzelanych w egzekucjach publicznych – w jednej zginął A. Trzebiński + tablica przy Wareckiej, właz przez który wychodzili powstańcy ze Starówki) – Al. Jerozolimskie (egzekucje: przy Brackiej i mur przy Hotelu Novotel d. Forum, miejsce śmierci Antka Rozpylacza, tablica upamiętniająca barykadę przez Aleje) – Marszałkowska (egzekucja na rogu ze Świętkorzyską, po lewej gmach PAST-y) – Al. Ujazdowskie róg Wilczej (właz, którym wychodzili powstańcy z Mokotowa) – po prawej mijamy Aleja Szucha (siedziba Gestapo) – ogrody obecnej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (kilka tysięcy zamordowanych w Powstaniu) – Marszałkowska przy Placu Zbawiciela - Grób Nieznanego Żołnierza – Teatr Wielki (kilkuset rozstrzelanych) – Pałac Blanka (tam zginął K.K. Baczyński) – Miodowa (miejsce upadku brytyjskiego halifaksa) – róg Długiej (właz do kanału, którym ewakuowali się powstańcy ze Starówki), w głębi ulicy wymordowane po upadku dzielnicy szpitale – Pałac Krasińskich (tu się bił „Parasol”) – szpital św. Jana Bożego (wymordowany szpital w Powstaniu) – stadion Polonii (tutaj niemieckie czołgi rozjeżdżały rannych powstańców) – Kępna przy Jagiellońskiej i pod Mostem Poniatowskiego (rozstrzelani w 1943 r.), chwilę dalej obelisk ku chwale żołnierzy Berlinga forsujących Wisłę – siedziba Elektrowni na Wybrzeżu Kościuszkowskim (polegli pracownicy elektrowni) – wymordowany pwostańczy szpital przy Smulikowskiego – Klasztor przy Łazienkowskiej – obelisk poległych na Podchorążych – tablica przy Szwoleżerów – pomnik ku czci forsujących Wisłę żołnierzy I Armii WP poległych we wrześniu 44 – obelisk ku czci wymordowanych po kapitulacji Powiśla powstańców – krzyż upamiętniający śmierć ks. Stanka (kapelan powstańców) – Fort Legionów i PWPW (skąpane we krwi powstańców) – Świętojerska (pomnik-fragment muru getta) – Podwale (kilka tablic, Mały Powstaniec i monument ku czci ofiar wybuchu „czołgu-pułapki”) – po lewej wylot Koziej (mord na mieszkańcach).

poniedziałek, 28 września 2009

Veni, vidi i... się doczłapałem

Najważniejsze, że dobiegłem i skończyłem Maraton Warszawski. Mój szósty w życiu.

Czas... no cóż, ponad 5 godzin. Okazało się, że codzienne bieganie po 8-9 kilometrów daje siły na swobodne przebiegnięcie w dobrym tempie 30 kilometrów. Zeby biegać więcej trzeba ćwiczyć bardziej specjalsitycznie, o czym więcej m.in. u kolegi Jakuba Kumocha.

Nic to. Zaraz biorę jakiś pakiet treningowy i w przyszłym roku pękają cztery godziny!

sobota, 26 września 2009

Zamknąć, zaorać, postawić apartamentowce

Zakłady Hipolit Cegielski Poznań bankrutują. Ciągnie je w dół brak zamówień ze stoczni, które same idą pod młotek.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,7081162,Stocznie_topia_Cegielskiego__firma_idzie_na_sprzedaz.html
Pada kolejna legenda. Nie chodzi mi o reanimację na siłę - ale nie wierzę, że przez lata nie można było wymyśleć pomysłu na taką firmę - oddać spadkobiercom albo jakiemuś konsorcjum polskich przedsiebiorców?

Nie, nie chodzi tutaj o proste obarczanie rządu Tuska, że nie ratuje. Nie jestem naiwniakiem, na tę sytuację zapracowało kilka ostatnich rządów i brak jakiejkolwiek koncepcji rozwoju Polski.

Przykre jest to, jak krok po kroku rozmontowujemy całą siatkę powiązań Polski z Bałtykiem, z morzami. To była wielka idea II Rzeczypospolitej, związać kraj ze światem, przez ten skrawek lądu nad Bałtykiem. A dzisiaj - pod polską banderą nie pływają prawie żadne statki, rybacy są ograniczani kwotami, stocznie padają a wraz z nimi sieć zakładów kooperujących w całym kraju...


Czy cała polityka morska państwa polskiego polegać ma na budowie pięknych apartamentowców z widokiem na morze? Słyszałem powiedzenie, że Szczecin bez stoczni stanie się... wielką wioską z tramwajami. Od siebie dodam - i rezerwuarem taniej siły roboczej dla aglomeracji berlińskiej,

wtorek, 22 września 2009

Świat według Radzia

Tarcza, Iskandery - dwa cytaty:

- Proponuję się aż tak bardzo tą sprawą nie ekscytować, bo to były wirtualne Iskandery w odpowiedzi na wirtualną tarczę- Radosław Sikorski komentując reakcję Rosji na rezygnację Amerykanów z tarczy antyrakietowej (gazeta.pl, 19 września br.).

- Decyzję o rezygnacji z rozmieszczenia rakiet Iskander powinien podjąć prezydent- oświadczył szef rosyjskiego Sztabu Generalnego, generał Nikołaj Makarow. Jego zdaniem Rosja nie zrezygnowała z planów rozmieszczenia rakiet Iskander w graniczącym z Polską obwodzie kaliningradzkim. - Nie podjęto takiej decyzji. To powinna być decyzja polityczna. Powinien ją podjąć prezydent (...) Oni (Amerykanie) nie zrezygnowali z tarczy antyrakietowej, zamienili ją na system rozmieszczony na morzu- dodał Makarow (rp.pl, gazeta.pl, 21 września br.).